Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego (Łk 10, 41 - 42)

Mama synów

Kiedyś wyobrażałam sobie moje macierzyństwo w ten sposób: plotę dziewczynkom warkocze i ozdabiam je kokardami, a wieczorem czytamy do poduszki bajki o księżniczkach. Specjalizuję się w stylizacjach dziewczęcych ubrań, szczególnie sukienek (i już, już, zaczynam sama obsługiwać maszynę do szycia, zastanawiając się, czy jednak nie zostać pełnoetatową krawcową). Pieczemy wspólnie ciasteczka i organizujemy dla wszystkich domowych lalek i pluszaków herbatkę, tak po prostu, żeby pobyć razem i dowiedzieć się, co w swoich puszystych środeczkach czują misie. A później uczymy się jak być damą. Jak być świadomą siebie kobietą. Jak dawać światu kobiecy geniusz. Takie też było przecież moje dzieciństwo. Myślałam więc, że moje macierzyństwo będzie kontynuacją albo powrotem do tamtych czasów. Ale nie do końca tak jest.

To nie znaczy, że już wszystko przepadło, być może rodzinna dysproporcja jest tymczasowa, ale jest chwilowo dosyć wyraźna. W naszej rodzinie na razie zostałam sama ze swoim kobiecym sercem. Mama synków. Nauczyłam się już dopasowywać koszulę w kratę w rozmiarze 74 albo 80 do dżinsowych spodni i cieszyć się rajstopami ozdobionymi samochodami. Mimowolnie i naturalnie o małym dziecku mówię w formie męskiej i zaczynam się zastanawiać, jak Ten Drugi (imię jeszcze jest tematem małżeńskiej debaty, choć pewien typ już jest) będzie podobny – do mnie, do taty, do starszego brata. A szczególnie w tym trzecim wariancie. Czy będzie miał ten sam żywiołowy temperament i te same zadziwiające nas samych niekiedy zawstydzenie, czy będzie miał podobne oczy i czy będzie w podobnym tempie przybierał na wadze (och, może jednak nie!). Na co będzie zwracał uwagę, jakie będą jego pierwsze słowa, czy może to on polubi siedzenie w chuście? Czy tak samo będzie zasypiał na spacerze? Czy będzie się podobnie uśmiechał? Jak bardzo zaskoczy nas ten całkiem Nowy Człowiek?

Jako mama syna, a teraz już synów, muszę się dokształcać. Kilka miesięcy temu, kiedy Iruś leżał spokojnie na kanapie i nie potrafił się nawet przewrócić na bok, Mariusz patrząc przez okno na budujący się blok, westchnął: „gdyby był starszy, cały dzień siedziałby w oknie”. Nie sądziłam nawet przez chwilę, że doświadczymy tego jeszcze w tych czterech ścianach. Wystarczy warkot silnika, by mały odkrywca wszystkimi siłami prosił o możliwość zajrzenia przez okno. Wszelkie próby wyciszenia głosów dochodzących z podwórka są nieudolne, odwrócenie uwagi skutkuje tylko przez chwilę. A więc siedzimy na parapecie, uśmiechając się do panów na budowie i przechodniów. I kategoryzujemy sobie ten świat. Uczę się nazywać różne pojazdy. Wszystkie, zwłaszcza te wyróżniające się, wzbudzają zainteresowanie. Koparka – to łatwe. Ale betoniarka, dźwig, wywrotka, śmieciarka, ciężarówka, autobus – już czasem brakuje mi pomysłów na rozróżnienie. Auto. W Irusiowej wersji „ało”. Nie czuję jeszcze tego wielkiego podekscytowania co on, ale patrząc na jego uśmiech i fascynację zaczynam domniemywać, że coś tam musi być. Coś takiego naprawdę fajnego. Nie tylko w tych pojazdach, po prostu w tym świecie.

Ale ten dziecięcy męski świat nie jest pozbawiony piękna czy wrażliwości, o nie! Jedno z pierwszych słów Irka to słowo... „kwiat” (oczywiście wypowiadane w odpowiednim dialekcie). Nie przejdzie obojętnie obok żadnego z nich, wytropi storczyki nawet na oknach sąsiadów. Będzie śmiał się, dotykając sztucznych kwiatów w galerii handlowej. I cieszy się niezmiernie, kiedy znów udaje mu się poprawnie wskazać taki obiekt. Bo czasem nie trafi i pełen śmiałości także pora nazwie kwiatem. Wzruszam się wtedy najbardziej i przypominam sobie scenę z Bambiego. I marzę, kiedy będziemy mogli go razem obejrzeć w całości. 

Nikt inny jak mój mały syn nie zauważa od razu moich nowych kolczyków, zwłaszcza tych dużych, które zakładam właśnie wtedy, kiedy na chwilę się rozstajemy. Wyciąga ręce i z zachwytem dotyka małych przedmiotów w moich uszach, jakby chciał mi powiedzieć: „ale ładnie je dobrałaś do swojej stylizacji, Mamusiu”. (Interpretacja własna, rzecz jasna. Pewnie myśli coś całkiem innego.)

I czekam, czekam na to wyznanie: „chcę się z tobą ożenić, Mamusiu”. Teraz to już będzie wymagało dyplomacji. Dwóch kandydatów! Czy moje kobiece serce to zniesie? :-) 

Odkrywanie swojej kobiecości przy synach? O tak! 

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

2 komentarzy

  • Geny po ojcu

    Geny po ojcu

    Link do komentarza niedziela, 23, kwiecień 2017 07:31

    Bardzo fajny tekst? jestem mamą dwóch chłopców, więc świetnie Cię rozumie? mój starszy Synek zapytany kiedyś : czy ma dziewczyne?
    Odpowiedział: " nie, mam MAMĘ "???

  • William

    William

    Link do komentarza wtorek, 10, styczeń 2017 16:45

    whoah this weblog is wonderful i love studying your posts. Stay up the great work! You know, many individuals are searching round for this info, you can aid them greatly.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę