Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy (Łk 13, 12)

Sama

Są bardzo różne samotności. Takie, które blokują, koncentrują na sobie albo na pustym miejscu w sercu, którego nie można niczym zapełnić, albo miejscu pełnym, którego nie można nikomu przekazać. Są samotności oczyszczające nasze przywiązania i podparcia, takie, które trzeba nieść lub toczyć jak ciężki kamień i takie samotności dobre, wyczekane, które przypominają kim naprawdę jesteśmy. 

Nie jestem sama prawie nigdy. (Kiedyś z niedowierzaniem słuchałam o dzieciach, które nie opuszczają mamy nawet w toalecie;-) Teraz gdziekolwiek nie pójdę, idzie ze mną Maleństwo, ale najczęściej tuż obok jest też drepczący coraz pewniej Starszak. Jest i Mąż. Jeśli nie fizycznie, to w sercu zawsze jestem z kimś, jestem czyjaś, jestem dla kogoś. Lubię to uwikłanie w relacje, bycie żoną, matką, córką, siostrą. Kobieta podobno żyje i myśli przez pryzmat relacji. Ale w samej podstawie każdy z nas jest przecież sam - osobny. Najwygodniej mi o tym zapomnieć albo to wyprzeć. Nauczyliśmy się, że niedaleko od samotności do osamotnienia. Ale przecież wcale nie zawsze.

Nawet w największej miłości oblubieńczej, nawet w najbardziej zażyłej przyjaźni, nawet przy gromadce dzieci, jestem sama. Odkrywam to wtedy, gdy nie potrafię przekazać osobom najukochańszym pewnych doświadczeń i uczuć, kiedy nie umiem myśli ubrać w stosowane słowa, kiedy muszę sama, nawet przy potężnym wsparciu miłości Moich, stanąć przed zadaniami, których nikt za mnie nie zrobi, z moim lękiem, którego nikt za mnie nie pokona, z moimi obowiązkami, których nie mogę nikomu zlecić. A zwłaszcza z moim przemijaniem, które muszę przeżyć sama. Oczywiście jest i On. Nie zapominam. Ale i przed Nim staję bez nich. Choć ci najbliżsi są na drodze mojego powołania, On chce mnie samej.

Nie jest łatwo młodym matkom i żonom o fizyczną samotność, ale o tę psychiczną, która niekiedy uwiera, nietrudno. Z dziećmi nie rozmawia się jak z dorosłymi. Przy dzieciach jesteś mamą, która ma pilnować, która ma mieć zawsze dobre rozwiązanie i plan, który można zrealizować. Choć czasem przy dzieciach stajesz się choć na chwilę jak dziecko, to wiesz gdzieś w głębi, że musisz pozostać dorosła, trzeźwo myśląca, pewna swoich decyzji. I musisz być, nie oczekując zrozumienia ani zapełnienia każdej pustki.

Wyjechałam z domu na trzy dni do Matki Bożej Jazłowieckiej. I oprócz wielu wspaniałych spotkań, rozmów i modlitw, doświadczyłam na nowo własnej autonomii, mojej odrębności i tej dobrej samotności. Nic nowego, nic wielkiego. Tylko teoria zamieniona w piękne doświadczenie i prawdziwe zadziwienie. Bliskiego spotkania samej siebie. Samej. Tuż obok Niego. 

Ja naprawdę jestem Sobą. On naprawdę chce mnie dla mnie samej. 

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

1 komentarz

  • Kasia

    Kasia

    Link do komentarza wtorek, 14, czerwiec 2016 10:59

    Dokładnie tak. W dzisiejszym zabieganym i głośnym świecie, zapominamy o dobrej samotności, takiej ktora pozwoli nam popatrzeć głębiej, zastanowić sie choć chwile.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę