Wszystkie wasze sprawy niech się dokonują w miłości! (Dz 16, 14)

Dziecko czy mąż?

Teorię znam doskonale i to od dawna. Pamiętam jak przed ślubem długopisem na kartce budowaliśmy naszą wspólną hierarchię wartości, układając te ważne sprawy jak klocki, z niezwykłą pewnością i lekkością, widząc niezawodną trwałość naszej konstrukcji i utwierdzając się w dobrze ustawionych fundamentach. Bo to przecież Dom na Skale. Przypominało to nawet układanie puzzli, z których każdy ma swoje niewymienialne miejsce. Prosto, logicznie, w pewnej chwili nawet jakoś zbyt łatwo.

Znałam już wtedy trud utrzymania tej konstrukcji – ustawienia Boga przed narzeczonym/mężem, a ich przed pracą i swoimi ambicjami. Bo deklaracje z życiem nie zawsze lubią chodzić za rękę. Bo przecież nad tym wszystkim zawsze jest własne ego, które szuka tylko jakiejś bocznej ścieżki, żeby zająć wyższe miejsce, udając, że jest tam, gdzie być miało.

Wiele lat temu, kiedy jeszcze byłam Kasią W. (podejrzaną - i to słusznie - o poważne i niewyleczalne zauroczenie w niejakim Mariuszu M.), prowadziłam rozmowę z dwiema bliskimi mi kobietami, spełnionymi potrójnymi matkami. – Ja to go tak kocham, że… - i tu jakieś westchnienie, migoczące oczy, drżenie głosu albo poetyckie, patetyczne porównania, które moje słuchaczki przyprawiłyby co najwyżej o ironiczny uśmiech. – Pogadamy jak będziesz mieć dzieci... – odpowiedziały, mrugając do siebie porozumiewawczo, z pewnością, a właściwie z politowaniem. A w domyśle: dzieci kocha się bardziej, zobaczysz, jesteś jeszcze jak nieopierzone pisklę, które zachwyciło się pierwszym lotem. Przekonasz się, że to jest dopiero początek prawdziwej miłości i że najlepsze jeszcze nie nadeszło. Najlepsze. A może i najtrudniejsze. Albo po prostu jeszcze kubeł zimnej wody przed tobą.

Dziś wiem, że dziecko kocha się inaczej, w co zresztą nigdy nie wątpiłam. Teraz to wiem, bo tego doświadczam. Ale jak ciężko jest wyważyć właściwą hierarchię, doświadczam tego chyba jak każda mama, może szczególnie ta młoda. Nie mam tu jednak na myśli tego, komu przyznaję miejsce pierwsze, ale to, co tak naprawdę robię każdego dnia, jak dzielę swój czas i swoje serce dla tych moich najbliższych. Czyli jak praktyka weryfikuje moje teorie. Co robię, by mąż nie zniknął ze swojego miejsca, by nie odłożyć małżeńskiej relacji na półkę z napisem „na później”, by nie usprawiedliwiać się, że jeszcze zdążymy. Bo nie wiemy, ile czasu nam zostało. Wiem tylko, że każdego dnia zostało nam już trochę mniej. 

I wcale nie chodzi o to, by nieść sztandar z hasłem Mąż jest na pierwszym miejscu, by zostawiać płaczące niemowlę w imię osób ważniejszych, ale by nie zapomnieć, że w porządku naszej miłości on jest pierwszy i niewymienialny, nasza relacja jest wyjątkowa i niepowtarzalna. I by małymi gestami potwierdzać to w codzienności. Bł. Marcelina Darowska mówiła, że mąż jest pierwszą osobą w życiu kobiety, bo przy dzieciach możemy być zastąpione, ale przy mężu nikt nas nie zastąpi. Relacja macierzyńska jest – jak dalej rozważa Marcelina Darowska – najsilniejsza w życiu kobiety, ale najświętszą jest – małżeństwo. Co jest dla mnie najświętsze, co jest dla mnie pierwsze, co jest tym, w co chcę włożyć serce i wysiłek, to jest mój wybór i moje codzienne nastawianie serca jak zegarka ze starym mechanizmem, który ma skłonność do opóźnień. Nikt nie powiedział, że to ma być łatwe.  

Miłość do dziecka, zwłaszcza małego, jest prostsza. Dziecko przynosi radość samą swoją obecnością. Wynagradza uśmiechem. Choć wymaga wiele sił fizycznych (zwłaszcza, gdy jako niemowlę oscyluje przy górnej granicy siatki centylowej) i psychicznych (gdy ma kolki albo wchodzi w przedwczesny bunt dwulatka), to zaspokojenie jego potrzeb jest łatwiejsze, a nawet jeśli jest męczące, wyniki są wymierne, a satysfakcja obustronna niemal gwarantowana. Przynajmniej po jakimś czasie. Zmienić pieluchę? Podać samochodzik? Przebrać? Przytulić? Nakarmić?  Gotowe! I gdyby umiał jako niemowlę albo gdyby wpadł na to bez sugestii jako półtoraroczniak, założyłby mi na głowę koronę, ale co tam – mogę zrobić to sama, a on jeszcze roześmieje się, jakby to było naprawdę nie wiadomo jakim wyczynem.

Z mężem jest inaczej. Już samo nakarmienie go wymaga większego wysiłku, pomysłowości i serca (choć to porównanie jeszcze zależy od dziecka;-) Rozmowa też jest bardziej skomplikowana. O ile już jest jakaś rozmowa. Rozumiem, że to inaczej oznacza często trudniej. A po całodniowym wysiłku, szukamy drogi na skróty. To może sam sobie zrób obiad?  Budowania relacji z mężem to piękne wyzwanie? Mamy stawiać mu czoła? Jasne, że tak! O ile nie uśniemy na kanapie w drodze do łazienki. A mężowie wychodzą nam naprzeciw lub nie. Ułatwiają lub nie. Rozumieją jak ciężko jest podzielić na nowo swoje serce i rozmnożyć miłość lub nie. Albo im to wszystko powiemy albo nie.

Słyszę dość często od osób bliskich lub od całkiem nieznanych, spotkanych gdzieś przypadkowo na spacerze, że teraz to nasz najlepszy czas. Teraz, gdy dzieci są małe. Niektórzy mówią to z rozżaleniem, jakby zawiedzeni trochę tym, co stało się później. Zawiedzeni dziećmi, rodzicielstwem, sobą, małżeństwem. Albo tak zaskoczeni tym cudem dzieciństwa marzą o powrocie do piaskownicy. To motywuje mnie do cieszenia się nawet zmęczeniem po całym dniu zabawy (lub pracy – zależnie od perspektywy), a z drugiej strony budzi niepokój: to teraz ma być już tylko gorzej?

W tym dorastaniu dzieci widzę oprócz wielu nowych wyzwań i radości, i trudności trwania przy swojej hierarchii, jeszcze jedną obietnicę – znów bycia bardziej dla męża. Kiedy już odchowamy dzieci… Kiedy wypuścimy je… znów, jak za czasów zakochania, będziemy wychodzić nocą na spacery, wyjeżdżać we dwoje, spotykać się z przyjaciółmi na długich debatach i planszówkach, będziemy wychodzić wieczorem do teatru, zahaczając o kawiarnię, będziemy śmiać się przy naszych ulubionych komediach, popijając czerwone wino. Będziemy jak dwoje nowo staro zakochanych. Widuję czasem takich i wtedy zaczynam spontanicznie pytać Boga, czy i my doczekamy takich chwil. Nie, nie pytać. Ja go wtedy proszę: daj nam takich chwil doczekać. Czy to nie będzie jak smakowanie miłości dojrzalszej, bardziej doświadczonej, owocującej, spełnionej? I ta perspektywa jeszcze bardziej mnie motywuje, by już dziś troszczyć się o mojego Oblubieńca. By zakochiwać się codziennie nie tylko w moich Małych Książętach, ale w Tym moim Wojowniku. By tych Małych nie trzymać zbyt kurczowo przy sobie, ale by mocniej trzymać się tego Jedynego.

Ale i tak... jest mi dobrze tu dziś. Tu, gdzie jesteśmy. Tu z Nimi. I ufam, że dobrze nam będzie za kilka-dziesiąt lat. Nie, nie myślę, że lepiej albo gorzej. Będzie inaczej. Ale na swój czas będzie równie dobrze.

„Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem.” (Koh 3, 1)

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

1 komentarz

  • Marlena Bessman-Paliwoda

    Marlena Bessman-Paliwoda

    Link do komentarza środa, 13, kwiecień 2016 08:53

    Czytałam z wielką przyjemnością. Małe gesty e codzienności to wyraz miłości z decyzji, nawet gdy uleci romantyzm, a my zasypiamy ma kanapie. :)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę