Żadna kobieta nie jest tylko kobietą. (św. Edyta Stein)

Pięcioletnia żona

Do naszego ślubnego albumu Ula (fotografka) dołączyła dużą kopertę ze zdjęciami, które już się w nim nie zmieściły. Do żadnego albumu, jaki miałam, też nie pasowały. Kiedyś tam coś dla nich znajdę – pomyślałam. Przeczekały 5 lat. Dziś własnoręcznie tworzę dla nich wyjątkowe miejsce i przy tej okazji oglądam je jeszcze raz.

Jakby to było wczoraj i jakby to było wieki temu. Z jednego ujęcia śmieję się najdłużej, pokazuję Mariuszowi. Ale tu śmiesznie wyglądasz! – delikatnie podsuwam mu pod nos, próbując nie urazić go, dlatego też dla pocieszenia dodaję: Ja zresztą też. - Ale ze mnie dzieciak – rzuca krótki komentarz niezainteresowany drążeniem tematu. Ale we mnie, im bliżej naszej rocznicy, temat powraca, stoi pod drzwiami moich myśli i co kilka chwil próbuje wprosić się na kawę, na wypominki, na tort, który jeszcze nieupieczony, nieozdobiony, ale z przeliczoną już liczbą świeczek. Będzie ich pięć. Jestem w samym środku tej małżeńskiej przygody i nie potrafię spojrzeć na nią z boku. Myśli z tej okazji miały być uporządkowane, wzniosłe i ważne, ale jeszcze nie było na to czasu, zupełnie jak z albumem, i może już nie będzie lepszego momentu. Bo 25-ego mamy podobno jakąś kolację niespodziankę i nasze, tylko nasze bycie razem.

A ja w niespodziance, którą trudno ukryć w czasie wakacji w naszym małym mieszkaniu i w jej specyfice, która wymaga czasu i miejsca do pracy, oglądam fotografie i przyklejam je w albumie, ozdabiając swoim poczuciem estetyki (i tym, co mam pod ręką). To fakt, oboje tam wyglądamy młodo. Nie tylko wyglądamy. Jesteśmy tam młodzi, jeszcze bez tych wszystkich nawyków starych dobrych małżeństw, jeszcze zakochani tą miłością, której wysiłek nie boli aż tak bardzo, która nawet po cichu wierzy, że zastąpimy sobie naszych aniołów stróżów, że nigdy przenigdy nie spakujemy walizki dla jednego z nas i że nigdy nie poranimy się zbyt mocno, i nie będzie ciężko wyciągać ręki na zgodę, bo może nawet wcale nie będzie trzeba jej wyciągać. Byliśmy młodzi tą miłością, która dopiero dojrzewała i która nadal musi wspinać się na paluszki, żeby stanąć na wysokości zadania albo by po prostu widzieć więcej niż tylko czubek własnego nosa. Pięcioletnia żona to przecież dopiero przedszkolaczek..., a może już zerówkowicz? 

Po pięciu latach bycia razem myślę o tym, jak wiele przeszliśmy we dwoje. Naprawdę wiele – naszych osobistych rozterek, kilka przeprowadzek, zmian adresów, znajomości, pomysłów na życie, cudzych wesel i narodzin dzieci, wypraw i zakrętów, przystanków, przejechanych kilometrów, przedreptanych ścieżek, zjedzonych lodów, pytań bez odpowiedzi. Choć ten czas małżeński wydaje mi się zaledwie kilkakrotnym mrugnięciem powieki, to gdybyśmy tylko mieli kominek i gdyby przyszyły długie zimowe wieczory, mielibyśmy co wspominać, śmiejąc się i płacząc naprzemiennie (to znaczy naprzemiennie pewnie ja). Każdy rok był inny, niósł inne wyzwania, troski i marzenia. Każdy rok teraz potrafię opisać kolorami, emocjami, i zapachami. Choć każdy miał aż 365/6 dni, potrafiłabym narysować go na jednej kartce. Ten ostatni miałby kolor mięty i kształt serca, a właściwie trzech serc.

W dniu ślubu obraliśmy sobie nasze małżeńskie motto: aby byli jedno (J 17, 21). Jak jedno serce, jedno ciało, jeden duch i jedna drużyna. To nie zawsze było łatwe, bo im bliżej i dłużej się sobie przypatrywaliśmy, tym bardziej odkrywaliśmy, że jesteśmy inni. I to bardzo. Nawet gdy nam to mówili wcześniej, nie dowierzaliśmy aż tak mocno. Okazało się, że jednak lubimy inne filmy, inne modlitwy i mamy odmienne potrzeby organizacji przestrzeni. Że lubimy postawić na swoim - każde z nas. Być jedno, kiedy jest nas dwoje, to przecież prawie niewykonalne. Być jedno, kiedy jest ich troje - to tylko Bóg potrafi w swojej doskonałości. Dlatego to nie były tylko cukierkowe chwile, choć teraz za te najtrudniejsze najbardziej dziękuję Temu, który nas prowadził. Bo to one uczyły mnie czym jest Miłość i jak jest cenna, to one próbowały złoto naszej miłości, to one pokazywały mi, co muszę zmieniać w sobie. A przecież najchętniej i najczęściej to chciałabym zmieniać nie siebie, a jego… (znacie to?)

Uczę się więc od pięciu lat, jak być żoną i jak być u jego boku, to znaczy znać swoje miejsce i rolę, swoją siłę i słabość, to, co mogę dać i to, czego potrzebuję. Jak po pierwsze walczyć z belką w moim oku, nie z jego drzazgami. Jak po pierwsze kochać go w całości, a nie prosić, by mnie kochał. Jak go motywować i wspierać, jak go rozumieć. Jak co dzień zaczynać na nowo. Jak nie przygniatać go burzą moich hormonów, jak nie wylewać na niego wiadra moich zawiłych i skłębionych myśli, jak nie wymuszać rozmowy, jak nie gasić jego pomysłów (uczę się je racjonalizować), jak nie budzić go, psując mu piękno poranka i jak pomagać mu usnąć po trudach codzienności. On jest dla mnie darem, ja dla niego, ale ciągle uczymy się sobie ofiarowywać. Każdego dnia odkrywamy, że znamy się prawie na pamięć, ale to prawie jest kluczowe. To poznanie ciągle nam się wymyka i bardzo łatwo przychodzi zmienić prawie na mniej pewne sformułowania. 

Niedawno spotkałam pewną starszą panią, która na parafialnym festynie kupiła ciastko i kawę, i usiadła przy moim stoliczku. Miała długi staż małżeński i piękną pogodną twarz. Nie skarżyła się, choć została sama, bez męża i dzieci. Chodziła o kulach. Trzeba umieć ustępować, trzeba dbać o siebie nawzajem – powiedziała. – Na pewno stworzycie piękne małżeństwa. Urzekły mnie jej spokój i prostota recepty. Przecież ma rację. Miłość w swojej istocie nie jest skomplikowana, jest bardzo prosta. Napisaliśmy na naszych ślubnych obrączkach słowa św. Augustyna: Pondus meum Amor meus, czyli Moją siłą ciążenia jest miłość moja. Dalej Augustyn pisze: dokądkolwiek zmierzam, miłość mnie prowadzi. A przecież nie tak łatwo przychodzi dać się prowadzić i ufać, kiedy nie jest już lekko i słodko. A jednak właśnie wtedy nie można zrobić nic innego jak tylko dać się prowadzić, bo szarpanie się i wyrywanie pozostawia tylko poranione dłonie.

Przeglądam nasze ślubne zdjęcia i znów utwierdzam się w przekonaniu, że zmieniłabym całkowicie swoją tamtejszą, jak to się dziś modnie mówi, stylizację. Inaczej upięłabym włosy (i welon!), zadbałabym o inne kwiaty, inny makijaż i wiele innych drobiazgów - paznokcie, biżuterię. Nawet obrączki chyba wybrałabym inne. Tylko buty może zostałyby dokładnie tamte, bo sprawdziły się na moich nieprzyzwyczajonych do obcasów stopach. Moda ślubna bardzo się zmienia, gust też. Ale na pewno nie zmieniłabym tego, który stoi tam koło mnie, taki młody, taki piękny, taki zapatrzony, taki pewny tej drogi, taki mój. 

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę