Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać (J 4, 15)

Rocznicowe refleksje

Rocznicowe refleksje fot. Emilia Jaworska

Dokładnie rok temu zrobiliśmy mu pierwsze zdjęcie. Precyzyjnie mówiąc, nie my je zrobiliśmy. Nasz aparat nie miałby szans na takie ujęcie. Iruś był maleńki, a na zdjęciu nawet niewidoczny (zwłaszcza dla takich medycznych laików jak my).

Pierwsze zdjęcie. Jeśli nic nie widać, to dobrze widać. 25.04.2013

Niecałe dwa miesiące później został uwieczniony w swoim pierwszym filmiku, na którym prezentuje najróżniejsze kopnięcia, chwali się swoim serduszkiem wybijającym rytmiczne pam-pam, pokazuje swój kręgosłup, a nawet uśmiech. Tak, mamy i takie zdjęcie, na którym się uśmiecha. Jednak mój najulubieńszy kadr pochodzi z kolejnego nagrania, na którym Iruś macha nam rączką, ukazując swoje pięć paluszków. A oprócz tego ujawnia, że jest chłopcem.

Dziś waży ponad 8 kg i już niebawem nie wciśnie się w rozmiar 68. Choć jego mała dłoń topi się w mojej (nie tak znowu przecież ogromnej), to od tamtego momentu, dokładnie od 25.04.2013 urosła ileś-tam-krotnie. Pięćdziesięciokrotnie? Stokrotnie? Dwustukrotnie? Zgaduję jak w programie z lat dziecięcych „Szalone liczby”, ale mogę się oczywiście bardzo mylić, bo nigdy nie wiedziałam jak oni to przeliczają.

Tyle się w nim zmieniło, tyle w nim dojrzało. Ale nie zmieniła się przy tym jego nie-samodzielność. Owszem, teraz może żyć poza moim ciałem, ale jest całkowicie zależny od innego człowieka, od jego ciepła, od miłości. Wystarczyłaby chwila nieuwagi lub drobne potknięcie, by wyślizgnął się z rąk, wystarczyłoby pewnie kilka dni zostawienia go samemu sobie, by zginął z głodu, zimna i tęsknoty. Jest bezbronny tak jak był rok temu. Jedyną jego „bronią” dziś jest ten przecudny wygląd, jego u-śmiech, jego rozbrajająca niewinność i nieporadność oraz to nieziemskie piękno, które po prostu nie pozwala przejść obok obojętnie. Zwłaszcza tym, którzy w tym pięknie odnajdują siebie. (Głosy są wciąż podzielone, ale tymczasowo wygrywa tata jako właściwszy pierwowzór.) Zachwyca mnie też zachwyt małych dzieci nad mniejszymi dziećmi. To takie czyste i prawdziwe spojrzenie tych, którzy jeszcze nie zrozumieli, że byli niemowlętami o podobnej sile rażenia pięknem.

Innym atutem takiego malucha jest prawo, które nakazuje rodzicom opiekę nad dzieckiem i respektowanie jego potrzeb. Zaniedbanie lub targniecie się na życie takiego Maleństwa jest przestępstwem. Nikt nie ma co do tego wątpliwości, nawet mainstreamowe media co i raz podrzucające nam historie z cyklu niewiarygodnych i karygodnych. Zaniedbanie lub targnięcie się na jego życie rok temu w wielu krajach (zdajecie sobie sprawę w jak bardzo wielu?) byłoby nazwane moim wolnym wyborem, zabiegiem, przywróceniem miesiączki czy coś w ten deseń. A ja wiem, że On wtedy też się uśmiechał i był calutki gotowy, by rosnąć i rozwijać się. Był mały, ale cały. Był jak misternie zaplanowane arcydzieło, które rozpoczęło proces objawiania się. Proces, który się nie skończył. Jeszcze nie jeden raz padnę na kolana z tego zachwytu.

Kiedy pod moim sercem zamieszkał Iruś, moja wzruszona mama znalazła gdzieś na dnie szuflady swoją kartę ciąży jeszcze z czasów PRL. W pierwszym odruchu miałam problem, by załapać, które dziecko wtedy kołysała w swoim brzuszku. Rok już po narodzinach mojej siostry, ale rok przed moimi narodzinami. Ale przecież to kalendarzowy rok. Tak, to karta ciąży z danymi z tego czasu, kiedy ja ważyłam kilka, kilkanaście, następnie kilkadziesiąt gramów, a później aż do… bodaj 3,5 kg. Ja byłam przed moimi narodzinami! W roku przed rokiem moich narodzin przypadających na lipiec. Żadne wielkie odkrycie, czysta matematyka i biologia. Ale jakże mnie to poruszyło. Też byłam taką kropeczką, której niedostrzeżenie było prawidłowym ujrzeniem.

Ja mam więc pamiątkową kartę ciąży, nie mam tak pięknych filmików i zdjęć jak dzieci dziś. Byłam wtedy niezgłębioną tajemnicą dla moich rodziców, a teraz i dla samej siebie. Ale jestem pewna, że też się uśmiechałam i tańczyłam. Oczywiście w rytm serca mojej mamy.  

* * *

PS A że wpis rocznicowy - dziś właśnie mija rok od rozpoczęcia warszawskiej inicjatywy mszy dla kobiet! Odbyło się ich już 10! :-) 

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę